Pszczoła ( I )
Uśmiechnął się szeroko, a ja speszona odwróciłam głowę w drugą stronę. Z piskiem opon wyjechałam ze stacji paliw. Obok mnie na siedzeniu w klatce i zwinięta w kłębek puszku, spała Domi - moja szynszyla.
Stanęłam na czerwonym świetle, i usłyszałam dźwięk tej bestii na dwóch kołach. Zółta Suzuki. To jej kierowca uśmiechnął się do mnie na stacji, wraz z nim na innych motocyklach jechało około siedmiu mężczyzn, niektórzy byli sami, inni z dziewczynami. Stanęli przed światłami, praktycznie na pasach i w oczekiwaniu na zielone światełko, trąbili i gazowali, tłumiki wymiotowały ogniem, strzelały i wyły jak rozjuszone demony. Kierowca zółtej suzuki zapukał w moje okno, posłał buziaka i dołączył do znajomych, gdy tylko sygnalizacja dała znak startu, wszyscy ruszyli przed siebie, niektórzy na jednym kole.
Po plecach przeszły mi ciary.
Szeroka, trzy-pasmowa droga co i rusz posiadała sygnalizację świetlną, więc na kolejnym skrzyżowaniu znów zapukał w moje okno. Tym razem nawet nie zaszczyciłam go spojrzeniem, zalałam się rumieńcem i ruszyłam równo z pojawieniem się odpowiedniego sygnału. Jechałam do swojego małego mieszkanka w mieście, wracałam z weekendowych odwiedzin u rodziców. Skręciłam na starówkę i przejechałam wąską uliczką z wyszczerbioną kostką na chodniku. Zaśmiałam się, gdy w tylnym lusterku zobaczyłam motocykle.
Zaparkowałam na chodniku, pod kamienicą w której mieszkałam. Wokół mojego volva stanęły motocykle, nim zebrałam klatkę ze swoją pupilką oni już stali w grupce i śmieli się radośnie. Wysiadłam z brodą zadartą ku górze, chcąc zachować chodź trochę klasy w tej niezręcznej sytuacji. Obeszłam auto, wyciągnęłam z bagażnika torbę i zarzuciłam ją sobie na ramię.
- Ciężka?- Miękki głos, rozniósł się echem miedzy murami kamienic. Odwróciłam się w stronę jego źródła. Wyższy ode mnie o głowę szczupły chłopak, uśmiechał się serdecznie, trzymając w ręku kask. Właściciel żółtego motocyklu.
- Nie.- Odpowiedziałam, zamykając auto.
- Marcin, pomógłbyś dziewczynie.- Z grupki, w której zebrała się reszta motocyklistów zaśmiał się do nasz niewysoki, masywny mężczyzna, miał opaloną buzię i złote włosy, krótko przycięte po bokach, u góry zaczesane do tyłu, Marcin złapał za moją torbę.
- Chciałem to właśnie zaproponować.- Posłał mi łobuzerski uśmiech, a ja oddałam mu torbę, patrząc się na własne buty. Na policzki wpłynął mi rumieniec, nie chcąc się doszczętnie kompromitować, ruszyłam przed siebie. Dogoniła nas jedna z dziewczyn robiąca za plecaczek. Była starsza ode mnie, miała śliczna twarz i około trzydziestu lat.
Wyciągnęła do mnie rękę i z matczynym uśmiechem przedstawiła się.
- Jestem Edyta, wybacz ich zachowanie, to banda starych dzieci. Może masz coś jeszcze do wniesienia, z chęcią pomożemy.- Podałam jej dłoń a ona delikatnie poruszyła nią w górę i w dół.
- Ala. Nie, dziękuję, to wszystko co mam do zabrania z auta. I nic nie szkodzi.- Edyta uśmiechnęła się serdecznie i odeszła do swoich, Marcin zaś podążał za mną. Kiedy weszliśmy do klatki popatrzył sceptycznie na schody.
- Na którym piętrze mieszkasz?- Uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Poddasze to moje lokum, jeśli nie chce Ci się włazić po schodach, oddaj mi torbę, ja się nie obrażę.
Zrobił urażoną minę, poprawił sobie moją obszerną i cholernie ciężką torbę podróżną na ramieniu, po czym ruszył hardo po schodach, ku górze. Kiedy doszliśmy pod drzwi mojego mieszkania na 7 piętrze, widziałam na jego czole pot, a jego obrażona mina dalej była tak samo zabawna, jak na początku. Położył torbę na ziemi a ja wsunęłam klucz do zamka i powoli przekręciłam, nigdzie mi się nie spieszyło, nie zamierzałam go wpuszczać do mieszkania. Był przystojny, krótko przystrzyżony i taki "drapieżny", ale nie znałam typka.
- Dziękuję.- Wyciągnęłam do niego rękę.- Alicja. - Złapał za dłoń i energicznie nią potrząsnął, jakby chciał udowodnić że nie zmęczył się "wspinaczką".
- Marcin, ale znajomi mówią Marcel.
Uśmiechnęłam się szeroko, podniosłam torbę z ziemi, pod pachą wciąż trzymając klatkę z Domi, która z zainteresowaniem wytknęła nosek przez kratę i wąchała, jakby chcąc dowiedzieć się, kim jest mój towarzysz.
- Dziękuje za pomoc i do zobaczenia.- Otworzył szeroko oczy ze zdumienia i usta, chcąc chyba coś jeszcze powiedzieć, ale zniknęłam za drzwiami. Zamknęłam się od wewnątrz i przytargałam torbę do małej kuchni. Usiadłam na jednym z krzesełek barowych w burgundowym kolorze i wyjrzałam przez okno. Marcel właśnie wyszedł do kumpli, którzy śmiali się serdecznie.
Wszyscy założyli kaski i zrobili okropny hałas, jak na światłach, widziałam twarze ciekawskich gapiów z kamienicy po przeciwnej stronie, które niemalże przytykały nosy do szyby, przyglądając się bandzie wariatów, na drogich, sportowych maszynach.
Marcin, jeszcze zadarł głowę i spojrzał prosto na mnie. Odsunęłam się od okna, a gdy przez nie wyjrzałam cała grupka właśnie odjeżdżała. Wykapałam się i przygotowałam do spania, na szóstą musiałam być w szpitalu. Miałam dyżur.
***
-Dziękuję. - Zaszczebiotała radośnie, jej oczy świeciły się jakby dwa ogniki, w ciemno brązowym kolorze a uśmiech nieco zawrócił mi w głowie, niczym bąbelki drugiej butelki szampana, kiedyś tam w sylwestra. Wyciągnęła do mnie rękę i znów pozwoliła mi usłyszeć swój słodki głosik.- Alicja.
Złapałem jej dłoń i pomachałem nią, jak zahipnotyzowany.
- Marcin, ale mówią mi Marcel. Podniosła szybko torbę i podziękowała, chciałem coś powiedzieć, zatrzymać ją, zaprosić na piwo. Ale trzasnęła mi drzwiami przed nosem i przekręciła klucz w zamku. No cóż, może ma bałagan? Wzruszyłem ramionami i dołączyłem do chłopaków. Zaśmiali się na mój widok, Edyta podała mi kask i poklepała mnie pokrzepiająco po ramieniu.
- Marcel, przecież jeszcze możesz się postarać.- Powiedziała i założyła kask. Uśmiechnąłem się do niej i patrzyłem jak wsiada Arturowi na miejsce pasażera.
Urządziliśmy niezły hałas. A ona wyjrzała przez okno, jednak gdy zauważyła, ze na nią patrzę, szybko odsunęła się od szyby. Jeszcze będę ją miał.
Wracaliśmy szybko, kładąc się w zakręty myślałem, o jej uśmiechu, o małych dłoniach i ciemnych kaskadach włosów, opadających na plecy i ramiona. Kombinezon zaczął mnie trochę cisnąć, gdyż między nogami pojawiło się wybrzuszenie. Skarciłem sam siebie i dodałem gazu. Jechałem pierwszy, mijałem samochody, nie zwracając na nic uwagi, już dawno straciłem ten strach, przed prędkością. Cały czas w głowie miałem, tą małą istotkę, którą chciałbym się zaopiekować, a która mimo wszystko okropnie mnie... Musiałem to przyznać sam ze sobą... Podniecała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz